RECENZJA: Wieczny „W górę” (2016)

Pomimo dużej popularności Tau oraz ciekawości jaką wzbudza ks. Jakub Bartczak, chrześcijański rap wciąż jest w Polsce traktowany raczej jako ciekawostka niż pełnoprawna odnoga rapu. Celowo mówię „w Polsce”, bo w Stanach tacy raperzy zgarniają najważniejsze nagrody muzyczne, jak choćby: Grammy, BET Awards czy Billboard Music Awards. Wydaje mi się jednak, że kwestią czasu jest zdobycie przez polskich chrześcijańskich MCs oddanego grona słuchaczy i zapraszanie ich na, liczne przecież, lokalne festiwale hip-hopowe. Tym bardziej cieszyć może, że w Radomiu również mamy rapera, nawijającego o wierze i wartościach z nią związanych. Mowa oczywiście o Wiecznym, który kilka miesięcy temu wydał swój kolejny materiał „W górę”.

Od poprzedniej płyty („7/7”) minęło 2,5 roku i to słychać. Wieczny nawija o wiele lepiej niż w 2013. Jest bardziej pewny siebie, próbuje modulować głos czy, z powodzeniem, przyspieszać na bicie, a nawet rzucić dobrym hashtagiem. Jest to coś, co na „7/7” albo nie istniało, albo mocno kulało – jak widać praca nad własnym warsztatem popłaca. Oczywiście stwierdzenie, że Wieczny jest teraz technicznym kozakiem byłoby nieprawdą, ale jest to już naprawdę przyzwoity poziom. Tym samym Wieczny nie zniechęca swoim flow do słuchania kolejnych numerów z płyty.

Te są z kolei mocno zróżnicowane, choć opierają się oczywiście na jego wierze oraz relacji z Bogiem. Tuż po zupełnie niepotrzebnym „Intro”, dostajemy „numer ostrzeżenie”, którym jest „Product placement”. Oczywiście lokowanym produktem jest Bóg, a sam kawałek z gitarowym bitem powinien być swoistą introdukcją na płycie. W ogóle jeśli chodzi o bity, to słuchacze mogą być zaskoczeni ich energią, różnorodnością i ogólnym poziomem – muzyka to plus tego materiału.
Wracając jeszcze na chwilę do warstwy tekstowej „W górę”, Łukasz nie boi się mocno otworzyć przed słuchaczem i opowiada historię swojej miłości z żoną, z którą zdążył się rozwieść by aktualnie znów być razem. Ten numer („Jedno teraz”) jest zdecydowanie jednym z najlepszych w dyskografii Wiecznego, a na pewno najważniejszym dla niego personalnie.

Dostajemy również klasyczny motywator w postaci „Po burzy”, gdzie pojawiają się takie wersy: „Czego się nie dotknę, co nie zrobię – obracam w gruzy / he, gdzie nie spojrzę na horyzoncie widzę ciemne chmury / i nagle spokój, zwyczajny spokój / jakby świat się zatrzymał – wszystko ucichło wokół / nagle pokój, serca pokój, koniec spędzających sen z powiek kłopotów”. Nic odkrywczego, ale sposób w jaki Wieczny deklamuje drugą część przytoczonego fragmentu powoduje, że faktycznie czuć ten spokój, nie każdy to potrafi.
„Nielegal 2016” to z kolei bardzo trafny komentarz do światowych wydarzeń z ostatnich kilku lat, które powodują, że chrześcijanie czują się coraz bardziej zaszczuci, nawet w swoich własnych krajach i domach. „W zachodniej Europie, pod płaszczem tolerancji / za krzyż na szyi możesz wylecieć z pracy / za poglądy zgodne ze swoim sumieniem / czytaj może grozić ci więzienie / małymi krokami wolność jest nam odbierana / coraz częściej każą chodzić nam w kagańcach” – źle mówi?

Mamy też numer o pomaganiu bliźnim, w którym świeżość w refrenie swoim głosem oferuje Hiob, obecny również w kawałku tytułowym. Dzięki jego obecności płyta miejscami dostaje lekko reggae’owego sznytu, co pozwala złapać trochę oddechu pomiędzy kolejnymi zwrotkami i solowymi numerami Wiecznego. Trochę szkoda, że Łukasz nie zaprosił Hioba do większej ilości numerów, bo jego obecność to kolejny plus tego materiału. Z drugiej jednak strony, niedosyt jest lepszy niż przesyt.

Wiem, że chwilę temu chwaliłem warstwę muzyczną „W górę”, ale nie wszystkie bity są na równym poziomie. Podkład w „Generacji lwa” kojarzy się trochę z Love Parade, a nie z rapowym numerem (nie mówiąc już o chrześcijańskim rapie!), a użycie w numerze „Haj flaj 2016” bitu z wersji sprzed 3 lat, to pomimo możliwości porównania skillów, zła decyzja. Zdarzają się też Wiecznemu błędy językowe, które nie powinny mieć miejsca („Nikt, nikt, zupełnie nikt, nie da mi to czego Niebo może dać mi”).

Mimo kilku mniejszych i większych minusów, nie można nie docenić Wiecznego i jego drogi, którą przeszedł od debiutanckiego „Ducha miasta” (2012) do dnia dzisiejszego. Bóg nad nim czuwa zarówno w życiu prywatnym, jak i muzycznym. Małymi krokami wciąż idzie do przodu, a dowodem na to jest najlepszy jak na razie album w jego przygodzie z muzyką.

6+/10
PLUSY:
mocno poprawiona technika
pozytywny wydźwięk materiału
dobór różnorodnych bitów
„Jedno teraz”

MINUSY:
kilka błędów językowych
2-3 bity do zmiany
niepotrzebne „Intro”
trochę za mało Hioba